Noszę w sobie żal wyniesiony ze szkoły. I nie mówię tego z pozycji poturbowanego przez tę instytucję dziecka czy nastolatka. Jestem straumatyzowanym przez system edukacji rodzicem. I nie chodzi tu ostatnie reformy, które postrzegam jako przejściowy skręt kiszek w całym nie najlepiej funkcjonującym organizmie. Mówię o przewlekłej i zdaje się nieuleczalnej już chorobie umysłowej, jaką jest kult średniej. 

Zawsze miałem wrażenie, że zebrania szkolne z rodzicami to jakieś dziwna forma sprawozdawczości, której przedmiotem jest ŚREDNIA: średnia ocen z poszczególnych przedmiotów, średnia ocen z zachowania, a potem jeszcze ciekawiej – porównania ze średnią uzyskaną przez klasę w poprzednim okresie, z średnią uzyskaną przez rocznik w danej szkole, w województwie itd.

Na te zebrania przychodziłem nie tylko jako rodzic, ale też humanista i menedżer z głową pełną idei, narzędzi i metod dotyczących motywowania i rozwoju. Ponadto zdałem na socjologii egzamin ze statystyki przy pierwszym podejściu 😉 i mogę co nieco powiedzieć nt. przydatności średniej do opisu … czegokolwiek. Oczywiście, za każdym razem gryzłem się w język. Zamiast tego, kiedy próbowałem dowiedzieć się jak mój syn radzi sobie w szkole, dowiadywałem się tylko, w którym miejscu jego wyniki odbiegają od mitycznej średniej i z jakiego przedmiotu i zakresu wiedzy powinien się poprawić. Rozmowy o mocnych stronach dziecka i rozwijaniu jego indywidualnych talentów przypominały próby nawiązania kontaktu z kosmitami. 

Drugie poważne schorzenie umysłowe polskiego szkolnictwa to urojenia na temat mocy czerwonego długopisu. Czerwony długopis – atrybut władzy nauczyciela. Kolor wprawiający w drżenie każdego ucznia. Ciągłe wyszukiwanie i podkreślanie błędów, niedociągnięć i rzeczy do poprawienia, tępienie pomysłów odbiegających od schematu i wprowadzonego na potrzeby systemu „klucza”. Skupienie uwagi na słabościach jako metoda … no właśnie, czego?

Czy zastanawialiście się, jak ten sposób myślenia o pracy i rozwoju może wpływać na to jak potem dorośli wypełniają role rodziców, partnerów życiowych, współpracowników, kierowników i liderów? W jaki sposób udzielanie informacji zwrotnej na temat wyników „poniżej średniej” czy „poniżej oczekiwań” może namieszać w głowie, zwłaszcza osobie niepewnej swojej wartości i nieświadomej mocnych stron, zależnej od opinii dorosłego, rodzica, nauczyciela, przełożonego? 

Może wśród filmików, którymi wymieniają się znajomi w internecie zauważyliście ten, w którym systematycznie krytykowane dziecko oskubywane jest z piór na swoich malutkich skrzydłach. Kiedy dorasta do wieku, w którym powinno wyfrunąć z gniazda – usamodzielnić się, znaleźć pracę, partnera – tych skrzydeł mu brak, bo brak mu wiary i pomysłu na siebie.  

To nawet nie jest głos w dyskusji o szkole, raczej impresja z poważną dyskusją w tle. Być może szkoła nie jest i nigdy nie będzie instytucją odpowiedzialną za rozwój mocnych stron. Jednak pracując w biznesie z dorosłymi, spotykamy ludzi pogubionych, niepewnych siebie i tego kim są. Im wcześniej odrobią tę zaległą lekcję tym lepiej dla nich i dla organizacji.